D'DG

--- A.HAHN On the Nature of Things

---

O NATURZE RZECZY

--- Goście poszli sobie. W moim pokoju znowu było cicho. Co jakiś czas ulicą Smoczą przejeżdżał z rykiem autobus. W pewnym momencie z mieszkania za ścianą przeniknął dźwięk telewizyjnej przerwy w programie, po chwili przycichł. Czułem się wyjątkowo niedobrze i tak też wyglądałem. Z każdego lustra i monitora spoglądała ta sama strapiona twarz. Obróciłem się. W centrum przestrzeni wznosił się ogromny mur z Pompeii. Był wciąż jeszcze zbyt lodowaty, by go dotknąć. Na jego odległym końcu, za górami brudnych naczyń na podłodze, około dwadzieścia z pozoru niekończących się stóp dalej, czekał rozkładany tapczan wraz z obietnicą snu.

--- W kilku oknach, rozproszone światło przenikało rozbite szyby. Graty napierały zewsząd; części maszynerii, urządzenia, przedwojenne meble biurowe, w niektórych pomieszczeniach piętrzyły się pod sufit. Ze stosu zawilgłych kopert i rejestrów wyrastały spiralne, metalowe schody, za którymi zaczynał się korytarz. Sala na końcu była przestronna i pusta. Ze ścian i z sufitu wielkimi płatami odłaziła farba.

--- W ścianie naprzeciw wejścia do sali znajdowały się dwie pozbawione drzwi futryny, za którymi gwałtownie otwierało się jedno piętro pustki ponad pokrytym gruzem podwórkiem od strony Bieluńskiej. Na zadeptanym, ordynarnym dywanie, który pokrywał całą podłogę, leżały dwie okładki książek, spuchnięte od wilgoci - podręcznik do życia bez seksu i "Twoje prawo do bogactwa", lub coś w tym guście. Mieszkanie wynająłem i urządziłem tam pracownię.

---

--- Wielka ulewa trwała cztery dni bez przerwy. Nie przejmowałem się dźwiękiem ciurkającej wody. Późnym popołudniem woda puściła się z sufitu mieszkania na Smoczej, zalewając stół nieopodal drzwi balkonowych.

--- "Tak jak wina przyciąga do siebie sąd, tak twoje myśli i uczucia przyciągają wodę. Powinieneś spróbować nad nimi zapanować", powiedziała kobieta siedząca obok mnie w barze Viking. Podała mi wizytówkę: Anna, Gabinet Magii Astrologicznej, róg Grzybowskiej i Żelaznej.

--- "Wpadnij do mnie kiedyś... i, och, rozmyślaj o swoim sercu!"

--- Gdy wróciłem do domu, część sufitu zawaliła się.

--- W obecności kilku przyjaciół, kazałem robotnikom zbudować moją pierwszą ścianę, zwykłą ceglaną ścianę, długą może na dwanaście stóp i na dziesięć wysoką, na dywanie pośrodku mego studia na Bieluńskiej.

--- Na osi ściany, po obu jej stronach, umieściłem dwa trójboczne parawany, tak tylko wysokie, by mogły mnie zasłonić, pozostawiając większą część ściany całkiem na widoku. Wszedłem za jeden z parawanów i wystawiłem ręce ponad jego górną krawędź, potem znów je schowałem. Krzyknąłem "Idę", i, po chwili "Teraz jestem tu", wyłaniając się zza parawanu po przeciwnej stronie ściany. Publiczność była zachwycona. Wyglądało na to, że niemożliwym dla mnie było przejść przez ścianę na wskroś, ponad nią, czy też, co wydawało się najbardziej logiczne, pod nią, dywan bowiem wykluczał użycie zapadni w podłodze. Lecz przecież całe wydarzenie było tylko iluzją.

--- Stałem się jeszcze zwinniejszy i już wkrótce sztuczka zajmowała mi niewiele sekund, ot, udawane płynne przejście z jednej strony na drugą. Gdy nabawiłem się wyniszczającej alergii, byłem zmuszony zawiesić mój trening. Zwykły test alergiczny ukazał przyczynę mojego kataru i charczenia: "długotrwałe narażenie na kontakt z niezwykle dużą ilością zarodników grzybów, najprawdopodobniej z gatunku Aspergillus albo Trichoderma, przypuszczalnie rozwijających się w dywanie - rezultat warunków pracy". Zapisano mi szczepionkę przeciwalergiczną, która przyniosła tylko niewielką ulgę.

--- Cień księżyca dotknął Środkowego Wschodu, musnął Indie, Azję Południowowschodnią i wody Archipelagu Indonezyjskiego, nim zniknął z pola widzenia nad Pacyfikiem. Moje oczy zaczęły łzawić. Wcześniej - bez żadnej reakcji alergicznej - patrzyłem jak kometa Szewc Lewi uderza w Jowisza, wulkany wybuchają na Io, a na Słońcu pojawia się nowa seria plam. "Unikaj zbliżającego się całkowitego zaćmienia Słońca", powiedziała Anna

--- Słońce zgasło. Anna zapaliła światło pod sufitem. Ciała niebieskie, które, przecząc grawitacji, ledwie kilka sekund temu tak realistycznie naśladowały co ważniejsze wydarzenia astronomiczne roku 1995, walały się po drewnianej podłodze.

--- 24 października, całkowite zaćmienie słońca. Spędziłem dzień w odciętym od świata Laboratorium Anny słuchając "Jowiszowej i Wenusjańskiej" muzyki pod kojąco nastrojonym niebem. Sesja nie uleczyła mnie: całkiem na odwrót, cierpiałem z powodu szczególnie poważnego nawrotu objawów mej przypadłości. Anna była całkiem zadowolona. Obserwowała napad dolegliwości i zaostrzenie się symptomów - za które winą obarczałem obłoki dymu kadzidła - jako stan przejściowy, wskazujący na ustępowanie choroby. Ale nie przyszedłem tu tylko po dobrodziejstwa terapii. Urzekła mnie zapierająca dech w piersi magia galaktycznego spektaklu i uroda Anny.

---

--- Anna nigdy nie mówiła wiele o sobie. Łączył nas, iluzjonistów, wspólny fach i wzajemne przyciąganie, może miłość. Lubiła po prostu gdy oddychaliśmy razem, kochając się pośród planet, ciało przy ciele. Na pozór wszystko szło jak w zegarku, nagle jednak zapanował chaos. Niczym satelita spustoszonego statku, związany zeń pępowiną uczuć, upadłem w przepastny koszmar jej zniszczonego małżeństwa. We śnie, który zanotowałem w owym czasie, "Anna i ja toczyliśmy beznadziejną walkę, aby być razem. Nie pamiętam, czemu się rozdzieliliśmy. Czekając na nią, znajduję schronienie w leśnym domku drwali. Ale ona nigdy nie przychodzi. Przychodzą przyjaciele, albo rodzina. Mówią mi, że rodzina Anny oddała ją do zakładu psychiatrycznego albo innej instytucji tego rodzaju. Ja także się załamuję. Nie zobaczę już Anny. Bezsilnego, owinięgo w prześcieradło, zabierają mnie do oczekującego samochodu. Porażka. Prasa otrzyma oświadczenie, zmniejszające rozmiary poniesionej przez nas klęski. Nemezis."

--- Przyjechałem do Nowego Jorku w skrajnie fatalnym nastroju i stanie zdrowia. Mimo to przygotowałem dwie instalacje, jedną w Międzynarodowym Centrum Fotografii, drugą w Ośrodku Szwajcarskim - a potem skręciłem nogę w kostce.

--- Bardzo słabe nerki, powiedział doktor Chi Wah, chiński zielarz z Division Street, kiedy zbadał mi tętno i przyjrzał się memu językowi i oczom. Przy pomocy tajemniczych znaczków skomponował dla mnie długaśną receptę, przerywając pisanie od czasu do czasu, by mi się badawczo przypatrzyć, a potem przekazał papier asystentce. Ta zaś wydobyła z tekturowych pudełek liście, kawałki kory, porosty i muchomory, zmieszała moją miksturę prawą ręką, nie używając nawet szalek, które przez cały czas trzymała w uniesionej lewej ręce. Przez wiele tygodni, dwa razy dziennie gotowałem ziołową mieszankę - której głównym składnikiem była, jak sądziłem, ziemia wzięta z lasu - i robiłem z niej herbatę. Stopniowo zaczynałem zdrowieć.

--- Archeolodzy, oczyszczający podłogę konstrukcji odkrytej pod podwórkiem na Bieluńskiej, natrafili na zmiażdżony, dziwnie powyginany szkielet kobiety. Najwidoczniej w czasie wojny wybuchająca bomba sprawiła, że sześciostopowa ściana zawaliła się na nią i na stojące przy niej wielkie akwarium. Kawał betonu zgniotł jej czaszkę a wyszczerbiony kawałek szkła przebił jej głowę, gdy upadła. Jej kręgosłup wbił się do wnętrza puszki mózgowej. Dalsze wykopaliska zaplanowano na wiosnę; metalowy płot z blachy falistej zabezpieczył teren przed złodziejaszkami.

--- Wisła była zamarznięta. Poniżej Mostu Gdańskiego, mężczyzna w żółtym skafandrze łowił ryby pod lodem. Dwie srebrzyste rybki leżały porzucone obok przerębla, wśród kropelek krwi na śniegu. Przy kępie uginających się pod śnieżnym nawisem trzcin na przeciwległym brzegu rzeki stała inna kobieta - Nina. Czułem się z nią znakomicie i tak też wyglądałem - lecz kogóż starałem się wtedy oszukać?

---

--- Pewnego ranka obudziłem się wcześnie. Nina leżała obok mnie, oddychała bardzo głęboko, jej klatka piersiowa szybko pompowała powietrze. "Serce mi pęka" powiedziała i odwróciła się do mnie plecami. W ciągu kilku minut zapadła w katatoniczny chłód, jej ciało przyozdobiły perełki zamarzniętego potu. Objęła mnie nagle i gwałtownie. Mocno spleceni, przetoczyliśmy się załamując pod sobą cienką skorupę lodu. Gdy dotknęła nas woda, oderwała się ode mnie i ześlizgnęła w toń. Zanurzony do piersi w oka mgnieniu przymarzłem do lodu, mróz pochwycił moją wykrzywioną w grymasie twarz gdy usiłowałem zaczerpnąć powietrza. Mogłem poruszać już tylko oczyma. Po mojej prawej stronie ujrzałem tylną połowę przeciętej ludzkiej głowy. Z obrzydzenia odwróciłem wzrok, przed oczyma mignęła mi panorama Warszawy na tle nieba w pierwszym blasku świtu, i zaraz natknąłem się na brakującą twarz owej głowy: oblicze starego człowieka o niespotykanie szerokich nozdrzach, rozdziawione nade mną usta były skrionizowane, a w zębach tkwiły czarne plomby. Rybak.

--- Jego oczy przyglądały się mi. "Edzenie la yb", wyrzucił z siebie.

--- Zacisnąłem szczęki i przebudziłem się.

--- Nina odeszła.

--- "... raz, dwa, trzy, ręce do góry...". Głos instruktorki aerobiku w programie telewizyjnym przewiercił ścianę mieszkania.

--- Ulica Bieluńska. Zabarykadowana soplami, majaczyła klatka schodowa. Po stopniach spływały kaskady żółtawego, matowego lodu. Wdrapałem się na górę do holu, najeżonego krystalicznymi wypustkami. Toaleta i rury kanalizacyjne były zniszczone. Oparty o framugę na parapecie okna stał kawałek tektury, mniej więcej formatu folio, z collagem złożonym z fotografii kobiecych genitaliów, dziwaczne wotum złożone przez nieproszonego gościa.

--- Ze studia dochodziły wrzaski. Trzech mężczyzn zarzynało maciorę. Dwaj przyciskali ją do ziemi pod ścianą a trzeci walił młotkiem w jej głowę. Po każdym ciosie kości czaszki pękały z trzaskiem i chlustała krew. Maciora piszczała i podrygiwała, lecz nie umierała. Rzeźnik zacisnął ramiona na głowie maciory i skręcił jej kark tak, że głowa wykonała półtora obrotu, a ona ciągle żyła, choć ucichła, a oczy wyszły jej z orbit.

--- "Pierdoleni dyletanci", krzyknąłem. Moje pełne furii wtargnięcie sprawiło, że porzucili swe krwawe dzieło i w oka mgnieniu zniknęli. Maciora kwiliła na dywanie. Bezwiednie sięgnąłem po srebrne pudełko, w którym przechowywałem szklaną strzykawkę. Przy jej pomocy ściągnąłem z ust trochę śliny i wstrzyknąłem ją świni. Zamknęła oczy, które przez cały czas patrzyły na mnie w zupełnej rezygnacji; otworzyła je raz jeszcze, bez lęku, wypełnione tylko ogromnym znużeniem, i zamknęła znowu. Za chwilę jej głowa osunęła się na brzeg zapadni w podłodze, uruchomiła ją i zawisła kołysząc się nad stosem gratów i odpadków w pomieszczeniu poniżej.

--- Słabo radzę sobie ze stresem. Serce waliło mi jakby miało eksplodować z powodu nagłej hiperwentylacji, moje ciało wydzielało odór strachu, oparłem się o ścianę, trąc trzęsącymi się dłońmi o cegły, próbując znowu stanąć na własnych nogach - i cofnąłem się natychmiast: moje palce do połowy pogrążyły się w murze.

---

--- Sylwester 1985 w Nowym Jorku. Na dużym tripie po LSD, ocknąłem się pod koniec przyjęcia. Dwie pary ciągle tańczyły, jacyś ludzie krążyli pomiędzy stolikami, wyszukując szklanki z niedopitym alkoholem. Niewiele pozostało z zawartości bufetu, z wyjątkiem rozpuszczającego się kawałka ciasta czekoladowego. Wystudiowanym gestem przeciągnąłem nożem po lukrze, który przez maleńki ułamek sekundy wydał mi się twardy jak skała i oparł się ostrzu, nim ustąpił miejsca spodziewanej miękkości głębszych warstw. Bardzo nieufnie zlizałem ślad ciasta z ostrza noża.

--- "W ostatnim tygodniu czerwca 1952 wszystkie sześćset istniejących fragmentów papirusu, z wyjątkiem pięćdziesięciu małych skrawków, zostało połączone w całość; mieliśmy przed sobą przeszło dwumetrowy dokument, który, choć pełen zagadkowych luk, rozpościerał się z mniejszą lub większą ciągłością od jednego ze swych pierwotnych końców do drugiego. Na przeszklonym stole, silnie podświetlonym od spodu, każdy fragment był porównywany z innymi pod kątem podobieństwa biegu włókien, przy czym prawidłowe połączenia były potwierdzane, a chybione hipotezy (byłem autorem imponującej liczby tych ostatnich) - eliminowane..."

--- Spędziwszy większą część tygodnia na Lipari, w chłodnym i wilgotnym biurze lokalnego klubu piłkarskiego, zmagając się z idiosynkrazjami starożytnego PC Olivetti i nieszczęśliwym artykułem o przyszłości multimediów, który zaczynał się właśnie tym cytatem, rozumiałem dokładnie, co W.C. Hayes nazywał "chybionymi hipotezami". Tekst kończył się przypuszczeniem, że idee są - raczej niż świętą własnością prywatną - czymś na podobieństwo mikrobów; w swym promiskuityzmie zarażają umysły różnych ludzi i używają ich jako żywicieli dla swych pasożytniczych ambicji przedostania się do świata realnego. Redaktorka była zaskoczona. Nie mogła zrozumieć, co się stało. Tekst był kompletnie bezużyteczny.

--- "To nie jest tekst satyryczny, nie jest perspektywiczny." - w najlepszym wypadku, była gotowa wypłacić mi honorarium, które nazwała "Ausfallshonorar" - wynagrodzeniem porażki.

--- "Czy wy dwaj podróżujecie razem?"

--- Austriacki celnik w cywilu pokazał mi odznakę. Siedzący naprzeciw mnie młody mężczyzna o zmęczonym wyglądzie obudził się.

--- "Nie."

--- Jako cel mojej podróży podałem "interesy" - "mykologia" brzmiało nieźle, oparłem się kuszącemu "przechodzeniu przez ściany". Byłem zbyt zmęczony, by narażać się na kłopoty, zwłaszcza że ogromny owczarek niemiecki węszył przy moim rozwiązanym sznurowadle... Mój sąsiad wylegitymował się laminowanym identyfikatorem: CERN, Europejskie Laboratorium Badań Cząsteczek. Urzędnik zakończył inspekcję, wziął psa na smycz i odszedł, nie sprawdzając pozostałych pasażerów samochodu.

---

--- Choć rozpoczęta dziesięć lat temu, budowa Wielkiego Kolidera Hadronowego, który pewnego dnia stanie się zabawką fizyków, służącą do badania cząstek elementarnych i sił fizycznych poddawanych działaniu najwyższych osiągalnych energii, nie zakończy się przed upływem dekady. W chwili obecnej, badania cząstek elementarnych prowadzone przez mojego współpasażera, należące do fazy symulacji i testowania prototypu akceleratora, zastygły w męczącej rutynie powolnego gromadzenia dużej ilości wartościowych, lecz niezbyt zaskakujących danych. "Jak dotąd nuda", powiedział, "wszystko zgadza się z przewidywaniami - żadnych spektakularnych odkryć - ale przecież, przełomy najczęściej zdarzają się w zupełnie nieoczekiwanych momentach".

--- "Teraz widzę tylko słońce, bez wschodu i zachodu. Lecz w moim sercu jest zielona zorza polarna. Anna, dla Alexandra.

--- P.S. Może ten artykuł cię zainteresuje?"

--- "Grzyby glebowe z rodzaju Trichoderma mają rozliczne zastosowania gospodarcze. Wytwarzany przez nie enzym rozkładający celulozę nadaje dżinsom ich "sprany" wygląd; są w składzie niektórych odplamiaczy tkanin, używanych w gospodarstwie domowym; jako czynniki kontroli biologicznej rozpuszczają ścianki komórkowe patogennych grzybów - pasożytów roślin.

--- Wytwórcy używają odmiany T. reesei, którą zebrano z bawełnianych namiotów na wyspach południowego Pacyfiku w czasie II Wojny Światowej. Jak większość grzybów o wartości handlowej, T. reesei rozmnaża się tylko bezpłciowo, co uniemożliwia hodowlę selekcyjną odmian. Hodowla selekcyjna jest możliwa wyłącznie w przypadku odmian różnopłciowych." (Weekly Science News, 24 luty 1996)

--- Kiedy ostatnio widziałem Annę, otworzyła właśnie swoje "Nowe i Rozszerzone Laboratorium Magii Astrologicznej", którego specjalną atrakcją były gwiazda Pegasi 51 i jej ostatnio odkryta planeta. Ta nowość i widoki na osiągnięcie szczęścia dzięki przeprogramowanym niebiosom przyciągały zewsząd tłumy gości - "przyjaciół", jak ich nazywała - każdy w pilnej potrzebie odmiany swego losu. Czas dla mnie wydzielała już tylko z łaski.

--- Okna laboratorium, które przedtem były zamurowane, zostały otwarte. Jasne światło zalało wnętrze. Anna i jej dwaj nastoletni synowie siedzieli na brzegu Drogi Mlecznej. Zrazu nie dostrzegli mnie, a kiedy przyłączyłem się do nich, Anna uśmiechnęła się, zmęczona, i wyszeptała: "Odeszłam od ciebie", a jej dłoń wysunęła się z mojej. Widziałem, że jej oczy przeczą temu, co właśnie powiedziała, lecz unikała mojego spojrzenia i szybko odwróciła głowę w kierunku swej nowej planety, która miała właśnie zanurkować w koronę swego słońca.

--- Nie wiedziałem, co zrobić z jej listem Ale zabrałem kawałek dywanu, który intruzi wycięli, by dostać się do zapadni, i zaniosłem go do Instytutu Badań Genetycznych na Uniwersytecie Warszawskim. To był strzał w dziesiątkę. Analizy DNA i enzymu określiły gatunek grzyba: nieznaną dotąd odmianę Trichoderma reesei. Odmiana ta rozmnażała się płciowo.

--- Ósmego maja 1996, Polski Urząd Patentowy zabezpieczył moje prawa do uprawy i wykorzystania mojej odmiany - Trichoderma hahnei. Po podpisaniu w tydzień później umowy licencyjnej z poznańską firmą farmaceutyczną Lechia i z EcoScience Corp., z siedzibą w Worcester, Massachusets, rozpoczął się w moim życiu okres prosperity.

---

--- Horoskop opisywał rok jako wyjątkowo szczególny, czas upadku wszystkich niemal wartości i prób szukania sposobu na wprowadzenie jakiegoś porządku w ogólny chaos. Rozpocząłem wykonywanie ćwiczeń oddechowych. Z początku, towarzyszący im efekt wychłodzenia uderzał we mnie niespodziewanie i niszczył moją koncentrację. Wypadałem z rytmu i musiałem zaczynać wszystko od początku. Oddychanie zgodnie z rytmem tykania metronomu, nastawionego początkowo na sto sześćdziesiąt kliknięć na minutę, spowodowało intensywne, lecz raczej nieprzyjemne dreszcze. I nie byłem nawet pewien, czy wychłodzenie nie było skutkiem napięcia, wywołanego próbami dostosowania się do rytmu instrumentu, lub jeszcze gorzej, podświadomą obawą, że metronom pominie kiedyś jedno kliknięcie. Przełamałem tę monotematyczną obsesję otaczając się gromadą stu metronomów, z których każdy tykał z inną częstotliwością. Na początku ten klekot był przytłaczający. Mój słuch wyławiał dźwięk to jednego, to innego metronomu, nieustannie dostosowywałem swój wdech i wydech do nowych danych. Stopniowo, kilka metronomów zaczynało zwykle uzgadniać zbliżone tempo, szybkie zwalniały a powolniejsze przyśpieszały, osiągając kompromisowy rytm, który wybijał się z hałaśliwego tła, przyciągając do siebie coraz większą liczbę wahadeł, a w końcu i mnie samego, ku zaklęciu, od którego nie było ucieczki, aż wreszcie wszyscy działaliśmy synchronicznie.

--- Byłem bardzo zadowolony widząc Annę wśród moich przyjaciół, którzy zgodnie przyjęli me zaproszenie i przyszli na premierę nowego przedstawienia, jakie chciałem im zaprezentować w moim mieszkaniu, tym razem z nieco okazalszą ścianą, repliką fragmentu muru z Pompeii. Na krótko przed pokazem, drabina diodowych laserów, które oziębiły ścianę do niezwykle niskiej temperatury, została usunięta, a sześć kamer wideo rozmieszczono tak, by rejestrowały wydarzenie pod różnymi kątami. Goście mogli przemieszczać się swobodnie; lustra umożliwiały im równoczesną obserwację ściany ze wszystkich stron; nie było żadnych parawanów.

--- Stałem nagi przed ścianą. Oddech przyśpieszał do tempa podawanego przez siedemnaście ścigających się metronomów, temperatura mojego ciała spadła. Dygocząc postąpiłem w stronę ściany. W momencie gdy zsynchronizowałem oddech z rytmem metronomów, zostałem wyrzucony naprzód i wynurzyłem się po drugiej stronie. Przez około dziesięć sekund szarpało mną w przód i w tył, pojawiałem się równocześnie po obu stronach ściany w przedziale ponad dwóch stóp, istniejąc jako dwie oddzielne osoby.

--- Moment zatrzymania metronomów był precyzyjnie ustalony, co miało kluczowe znaczenie dla scalenia mej podwójnej postaci i jej pojawienia się poza ścianą. Uwięziony w ścianie, mógłbym w mgnieniu oka zamarznąć na śmierć. Niezależnie od tego niebezpieczeństwa, upadek był zawsze groźny i nigdy nie wyglądałem najlepiej po wykonaniu sztuczki. Nie inaczej było i tego wieczoru. Wyszedłem triumfujący, posiniaczony i z odmrożeniami, w bólu, jakby drut kolczasty, naciągnięty między odbytem a ustami, skręcał się w moim ciele.

--- Brudne talerze zostały na sofie, biały ryż rozsypał się po narzucie. Strzepnąłem ziarenka dłonią. Były gorące, sycząc stopiły leżące na podłodze kawałki styropianu z opakowań. Jakieś zwierzę pisnęło z bólu i zaszeleściło w płatkach styropianu, przemieszczając się w górną część wizji. Ciemna, pokryta futerkiem głowa, może szczur, pojawiła się - w tym momencie obraz stracił ostrość - i zmieniła się w coś, co wyglądało trochę jak pokryta włosami twarz maleńkiego dziecka, wykrzywiona płaczem.

--- Twarz powoli zniknęła, pozostał tylko płacz, który trwał jeszcze jakiś czas, nim nie wessała go obracająca się, niewielka czarna dziura. Kiedy wir osiągnął odpowiedni rozpęd, znajdujące się w pobliżu przedmioty, styropian, szkło i metronomy, zaczęły krążyć i wnikać w turkusowy pas, który uformował się wokół ziejącej pośrodku nicości. Nagle, dysk zakołysał się i rozpadł, pozostawiając w przestrzeni lukę o średnicy około trzech stóp. Pustka natychmiast wypełniła się i miejsce znowu wyglądało zwyczajnie, jeśli nie liczyć błękitnego słońca, które zawisło pomiędzy mną a pompejańską ścianą.

---

--- Wysoki, świergoczący dźwięk wydobył się z niebieskiego ciała, które teraz spiralnie okrążało mur, lekko zniekształcając jego widok. Wirowało coraz szybciej i szybciej, zbliżając się do muru; rozpętując szaleństwo czystej energii przyciągało ścianę tak, że dygotała jak zwiotczałe mięśnie. W ostatnich sekundach przed połączeniem dźwięk przeszedł w przeciągłe buczenie i urwał się gwałtownie, gdy ciało wniknęło w ścianę.

--- Znowu mogłem widzieć wyraźnie.

--- Uderzenie nie pozostawiło na ścianie żadnego śladu .

--- Wybuchnąłem śmiechem - wspaniały pompejański mur, właśnie w moim pokoju!

--- "Co, do cholery", usłyszałem swój głos, "idę!" - i wszedłem w ścianę.

---

ALEXANDER HAHN



--- ---text ---works ---HomePage


---Created by Donajski's Digital Gallery
-
www.ddg.com.pl
-
WELCOME | TABLE OF CONTENTS

COPYRIGHT © 1995-7. ALL RIGHTS RESERVED