DDGallery
Photography from Zair by Krzysztof Miller


---
ENGLISH
Wojciech Jagielski

Zbrodnia i kara

To był jeden z największych exodusów naszych czasów. Tysiąc dni temu, po dokonaniu czwartej w dwudziestym stuleciu zbrodni ludobójstwa (za pierwsze trzy uważa się rzezie Ormian w Turcji, Żydów w Europie podbitej przez hitlerowskie Niemcy oraz masakry Czerwonych Khmerów w Kambodży), prawie dwa miliony rwandyjskich Hutu rzuciło się do panicznej ucieczki z kraju, by ratować się przed zemstą i karą swoich ofiar - obywateli Tutsich.

Los sprawił, że oba ludy zostały zmuszone do życia na tych samych malowniczych wzgórzach między jeziorami Wiktorii, Kivu i Tanganika. Pierwszym co zmusiło ich do wspólnego życia był instynkt przetrwania. żyzne wzgórza na jeziorami kusiły zarówno rolników Hutu, jak pasterzy Tutsich. Jedni potrzebowali drugich. Z czasem wojownicy Tutsi przejęli władzę i podporządkowali sobie wieśniaków Hutu. Początkowo, podziałowi temu nie towarzyszyła konfrontacja. Z biegiem czasu, gdy kraj Tutsich i Hutu podbili Europejczycy i gdy w miarę przyrostu ludności brakowało miejsca dla wszystkich, walka o ziemię przybrała formę otwartej wojny. W przeddzień przyznania niepodległości Rwandzie, wieśniacy Hutu, stanowiący trzy czwarte ludności kraju obalili monarchię Tutsich. Dziesiątki tysięcy Tutsich zostało wymordowanych, setki tysięcy uciekły do sąsiedniej Rwandy. Odtąd w Rwandzie rządzili Hutu, prześladując swoich dawnych prześladowców, a historię tego mikroskopijnego państwa wyznaczały kolejne plemienne mordy.

Do ostatniej doszło w 1994 roku kiedy pod presją ONZ, Hutu zostali zmuszeni do podzielenia się władzą z Tutsi. śmierć w katastrofie samolotowej prezydenta, wywodzącego się z ludu Hutu była sygnałem do nowych mordów Tutsich. Z prawie 750 tysięcy Tutsich rzeź przeżyło niewiele ponad sto tysięcy.

Ale zajęta bez reszty pogromami rządowa armia Hutu nie potrafiła stawić czoła partyzantom Tutsi, spieszącym z Ugandy z pomocą dla swoich rodaków. Powstańcy zdobyli stolicę kraju i przejęli władzę. Obalony reżim Hutu, wraz z armią, policją, sędziami i urzędnikami, a także dwoma milionami poddanych schronił się we wschodnim Zairze, na drugim brzegu jeziora Kivu.

Uchodźcy Hutu znaleźli się w Zairze w roli zakładników. Byli żywymi tarczami dla zbrodniarzy, bojącymi się kary za ludobójstwo, a jednocześnie marzącymi o nowej wojnie i powrocie do władzy. Obozy uchodźców stały się prawdziwym wygnańczym państwem bez ziemi. Wygnańcy Hutu służyli swoim przywódcom nie tylko jako rekruci do nowej partyzanckiej armii, ale także jako łatwe źródło zdobywania żywności i lekarstw (organizacje międzynarodowe wydawały milion dolarów dziennie na utrzymanie obozów i nigdy nie potrafiły rozdzielić uchodźców od zbrodniarzy). Uchodźcy nie mogli wracać. Nie pozwalali na to ich przywódcy. Bali się też rządzących w Rwandzie Tutsich, którzy wobec Hutu stosowali zasadę zbiorowej odpowiedzialności za ludobójstwo.

Jesienią ubiegłego roku we wschodnim Zairze wybuchło powstanie tamtejszych Tutsich przeciwko rządowi prezydenta Mobutu Sese Seko, którego urzędnicy kazali im wynosić się z kraju. Pierwszym celem rebeliantów stały się obozy uchodźców, które w ciągu dwóch i pół roku przepoczwarzyły się w wielkie miasta z bazarami, sklepami, halami sportowymi, kasynami i burdelami, a także typowymi dla afrykańskich metropolii slumsami.

Hutu ruszyli w nową wędrówkę. Większość z nich wróciła do Rwandy. Pozostali poganiani przez przywódców, ruszyli na zachód, przez dżunglę dorzecza Konga. Kiedy po sześciomiesięcznej ucieczce przez bezdroża, podczas której dziesiątki tysięcy wygnańców zaginęło i zginęło w tropikalnych lasach, dotarli do miasta Kisangani, wydawało się, że to będzie koniec ich wędrówki. Tam właśnie spotkaliśmy ich przed miesiącem. Przygotowywali się do powrotu do Rwandy. Szykowali się na najgorsze bowiem zdawali sobie sprawę, że jako tych, którzy wracają ostatni, Tutsi będą podejrzewać najbardziej. Tym bardziej, że nawet na tym ostatnim - wydawało się - przystanku exodusu, wśród uchodźców kryli się zbrodniarze.

Dwa dni po naszym wyjeździe z Kisangani, rządzący w mieści powstańcy Tutsi rozegnali jednak prowizoryczne obozy Hutu zbudowane wzdłuż linii kolejowej z Ubundu. Setki uchodźców zginęło od ciosów maczet i karabinowych kul. Tysiące umarły z wycieńczenia i chorób. Najsłabsi, którzy podczas pogromu ukryli się w dżungli, po kilku dniach wrócili na zgliszcza obozów, znów licząc na repatriację do Rwandy. Silniejsi ruszyli w dalszą wędrówke. Kilkadziesiąt tysięcy Hutu dotarło - wielu z bronią w ręku - aż do Angoli. Tysiące przedarły się do Republiki środkowoafrykańskiej i Konga. Exodus trwał nadal.

Jagielski
[ W.Jagielski - May,1997]



  homepageintroauthorauthor

D'DG Copyright © 1997 by Krzysztof Miller and Donajski's Digital Gallery